21 kwietnia 2016

Trochę kultury! #2 - Śladami Jacka i Rose, czyli o głośnej wystawie „Titanic"


Ostatnio większość czasu spędzam z nosem w książkach, od czasu do czasu wystukując na klawiaturze zdania, które przy odrobinie wyobraźni mogłyby się układać w hasło SOS pisane alfabetem morse'a. Pisanie pracy magisterskiej pochłonęło mnie całkowicie i czuję, że przez kilka następnych tygodni sytuacja - zarówno na blogu, jak i w moim prywatnym życiu - nie ulegnie poprawie. Pomimo że zapisałam czarnymi znaczkami już dobre kilkadziesiąt stron, nadal odnoszę wrażenie, że to dopiero wierzchołek góry lodowej i zanim wyczerpię temat w sposób mnie satysfakcjonujący, zaskoczy mnie połowa maja (i to tak wersja optymistyczna, w wersji pesymistycznej - początek czerwca).

A skoro już mowa o górze lodowej...

Osobiście nie znam nikogo, kto nie słyszałby o zatonięciu statku o wdzięcznej nazwie Titanic. Mimo że do tej tragedii doszło ponad sto lat temu, jego historia wciąż rozbudza wyobraźnię artystów, literatów i reżyserów. Wystarczyłoby chociaż wspomnieć o ogromnym sukcesie Jamesa Camerona, który z ogromnym rozmachem i niezwykłą drobiazgowością odtworzył wnętrza, stroje i zachowania ludzi z początków dwudziestego wieku. Dla mnie Titanic był pierwszą (i chyba ostatnią) produkcją, którą mogłam oglądać na okrągło, nie licząc się z późniejszymi konsekwencjami. Jako jedenastoletnia dziewczynka nie tylko pamiętałam większość dialogów, jakie wystąpiły w filmie, lecz także za każdym razem, gdy usłyszałam pierwsze dźwięki utworu "My Heart Will Go On", czułam ciarki na całym ciele. Wówczas jednak historia Titanica kojarzyła mi się wyłącznie z zakazaną miłością Jacka i Rose, szlachetnymi gestami i dystyngowanymi panami w smokingach, którzy zaginęli później w lodowatych głębinach Oceanu Atlantyckiego. 


Zupełnie inne odczucia towarzyszyły mi podczas zwiedzania wystawy "Titanic" w Pałacu Kultury i Nauki, którą to odwiedzić zdecydowałam się dość spontanicznie. Po całym dniu ślęczenia nad książkami i zastanawiania się, w jaki sposób sklasyfikować wyrazy typu tiażkoSzwecarjii lub zegnońć się (język polski naprawdę jest trudny, zwłaszcza dla obcokrajowców!), uznałam, że czas odpocząć. A ponieważ w Internecie natknęłam się na pochlebne opinie o wystawie poświęconej tragedii najsłynniejszego parowca świata, postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście jest ona warta uwagi.

 

"Titanic the Exhibition" w ulotkach reklamowych zachwalana była jako ogromna wystawa, na której można odnaleźć nie tylko ponad dwieście oryginalnych przedmiotów wydobytych z wraku statku, lecz także obejrzeć luksusowe apartamenty pierwszej klasy, schludne kajuty trzeciej klasy, mostek kapitański, a także poznać historię anonimowych dotychczas pasażerów. I o ile wszystkie z tych powyższych punktów zostały spełnione, o tyle nadal czuję pewien niedosyt, którego nie mogły zaspokoić nawet oryginalne pamiętniki pisane aż do dnia katastrofy, czy też widok dzięcięcych bucików, których właścicielka szczęśliwie ocalała i bezpiecznie dotarła do Ameryki.

Myślę, że na największą pochwałę w tym wypadku zasługuje świetnie nagrany audioprzewodnik, który pełnił głównie funkcję informacyjną - dzięki niemu mogliśmy poznać historię życia kilkudziesięciu ludzi, ich marzenia, plany oraz tragiczny koniec. Poza tym trzymał on w ryzach odwiedzających i prowadził od gabloty do gabloty w tempie odpowiadającym spokojnemu spacerowi. Dużym plusem była także ścieżka dźwiękowa z filmu Camerona, stanowiąca tło wypowiedzi. Z drugiej jednak strony narrator niekiedy zbyt rozwodził się nad nieistotnymi z mojego punktu widzenia szczegółami, co czyniło jego wywód nudnym i po kilkudziesięciu minutach coraz bardziej męczącym. 

Kolejnym dużym plusem były wyeksponowane zdjęcia pasażerów Titanica - kapitana Edwarda Smitha, konstruktora Thomasa Adrewsa i dziesiątki innych, równie interesujących. Początkowo tak duża ilość fotografii nieco mnie zdezorientowała, ponieważ spodziewałam się zupełnie innej konwencji wystawy, ale po kilku minutach zdążyłam się już przyzwyczaić, że eksponaty stanowią zaledwie tło dla prawdziwych ludzkich historii. 

I chyba taki był cel tego pokazu - nie prezentacja wyłowionych z dna oceanu sukni, butów, biżuterii i zastawy stołowej, ale właśnie rzucenie światła na bezimienne postacie, które dzięki niemu stają się dla nas osobami z krwi i kości, istotami, które kochały i zazdrościły, uciekały od szarości Starego Kontynentu i szukały nowej ojczyzny w Ameryce, które odczuwały żal i tęsknotę, a zarazem były pełne nadziei na lepsze jutro - czyli na dzień, który dla wielu miał nigdy nie nadejść. 


Opowieścią, która mnie najbardziej wzruszyła, była historia pewnego sędziwego małżeństwa. Pomimo że zaproponowano starszej kobiecie miejsce w szalupie ratunkowej, zwolniła ona swoje miejsce innej damie, twierdząc, że skoro tyle lat przeżyła u boku swojego męża, nie wyobraża sobie, że mogłaby go zostawić w takiej chwili. Po raz ostatni widziano ich siedzących na pokładowych leżakach. Trzymali się za ręce i ze spokojem obserwowali chaos, jaki miał miejsce wokół nich, nie bacząc na to, że za chwilę pochłoną ich przeraźliwie zimne głębiny Atlantyku.

Wyobraźnię odwiedzających pobudzały również listy pisane przez pasażerów transatlantyku do najbliższych. W jednym z nich, autorstwa członka załogi, można było natrafić na wzmiankę o wspaniałości i wyjątkowości morskiego giganta. Mężczyzna opisywał niezwykły przepych Titanica, wyborne potrawy i najwybitniejszych gości pokładowych. Najbardziej jednak porusza jego ostatni akapit - zawarta jest w nim pełna żalu konkluzja, że gdyby wcześniej wiedział, jak bajkowo prezentuje się parowiec, zabrałby w rejs także swoją siostrę. Nie wiedział przecież, że gdyby to zrobił, skazałby ją na niechybną śmierć.


Na pokładzie niezatapialnego statku w momencie zderzenia się z górą lodową było około 2200 osób. W szalupach znalazły się jednak tylko 704 osoby, co stanowiło zaledwie połowę ich rzeczywistej pojemności, ponieważ mogło w nich zasiąść nawet 1200 rozbitków. Niejasny jest powód tak niewielkiego ich zapełnienia - niektóre z nich zabierały tylko dwadzieścia - trzydzieści osób, podczas gdy na ich pokładzie mogłoby się uratować nawet ponad sześćdziesiąt. Niektórzy badacze tłumaczą ten fakt pośpiechem i niedostatecznym wyszkoleniem oficerów, którzy koordynowali później akcję ratunkową. Ponieważ Titanic był największym i w teorii całkowicie niezniszczalnym statkiem, załoga nie była w żaden sposób przygotowana na tragedię, która miała miejsce tamtej feralnej, kwietniowej nocy. Nie bez znaczenia była również kwestia niewystarczającej liczby szalup, ale tutaj przyczyna była oczywista - dodatkowe łodzie zajmowałyby miejsce na promenadzie, po której przechadzali się goście. 

Pomimo szczerego zainteresowania historią Titanica i jego pasażerów, uważam, że wystawa mogłaby zostać lepiej zorganizowana. Po pierwsze, należałoby zredukować liczbę biletów sprzedawanych na godzinę. Ponad dwieście osób to zdecydowana przesada, tym bardziej, że organizatorzy nie dysponują nawet tak dużą liczbą słuchawek i audioprzewodników. Oczywiście, money is money, ale nie widzę żadnego sensu w sprzedawaniu abstrakcyjnej liczby biletów, a później wpuszczaniu po piętnaście osób co dziesięć minut. Poza tym pomieszczenia są małe, ciasne, zatłoczone i panuje w nich straszna duchota.

Kolejnym minusem jest fakt, że nie można robić zdjęć. Zupełnie tego nie rozumiem, zwłaszcza, że w takim Muzeum Watykańskim albo Luwrze, gdzie znajdują się bezcenne dzieła sztuki, zakaz nie obowiązuje i można sobie focić do woli, o ile tylko wyłączymy flesza. Inna sprawa, że na wystawie "Titanic" w zasadzie nie było czemu robić zdjęć.

Rozczarował mnie również fakt, że większość ekspozycji to repliki lub reprodukcje, a organizatorzy wystawy nie zadali sobie nawet trudu, by dokładnie opisać przedmioty i jednoznacznie określić, które są oryginalnymi rzeczami wydobytymi z wraku, a które tylko niewiele wartą kopią. No i nawet jeśli fajną inicjatywą było robienie zdjęć "z epoki" odwiedzającym gościom przed wejściem "na pokład", to ich późniejsza sprzedaż za dwadzieścia złotych wydała mi się ponurym żartem. Jakby sam bilet był zbyt tani...

Przykre jest również to, że więcej o samej katastrofie dowiedziałam się z filmu Camerona, niż z samej wystawy.  Ba, bogatsze w szczegóły są programy na Discovery lub innym BBC. Dlatego też uważam, że jest ona zdecydowanie przereklamowana i - napiszę to z bólem serca - niewarta swojej kosmicznej ceny. Owszem, możemy przez chwilę poczuć atmosferę panującą w pierwszych dniach żeglugi Titanica, aczkolwiek spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Być może gdyby organizatorzy zmniejszyli liczbę sprzedawanych biletów, moja opinia byłaby pochlebniejsza. 

Nie oznacza to jednak, że odradzam odwiedzenie tej wystawy. Radzę raczej podejść do niej z chłodnym dystansem i nie oczekiwać fajerwerków. Dobrze byłoby też poczekać, aż kolejki się nieco zmniejszą, bo tłumy przy gablotach naprawdę wiele wystawie odbierają. I wybrać się tam w tygodniu, a nie czekać na weekend.


Dla dociekliwych:
Godziny otwarcia: 9:00 - 20:00 (piętro IV)
Ceny biletów: ulgowe: 35/40 zł, normalne: 45/50 zł
Źródła zdjęć: 1, 2, 3.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz