8 kwietnia 2016

Trochę kultury! #1 - Arcydzieła Rona Fricke'a, czyli refleksyjna podróż po świecie



You have a choice. Live or die. Every breath is a choice. Every minute is a choice. 
To be or not to be - Chuck Palahniuk

Niezmiernie rzadko zdarza mi się obcować z takim rodzajem sztuki, który by mnie naprawdę poruszył i przewrócił do góry nogami hierarchię wartości w moim życiu. Jest to tym bardziej niepokojące spostrzeżenie, jeśli przypomnimy sobie, że jedną z najoczywistszych funkcji sztuki jest właśnie wzbudzanie w odbiorcach określonych doznań - głównie estetycznych, choć częstokroć także zmysłowych i mistycznych.

Gdy poruszam kwestię osobistego zobojętnienia i brak głębszego, emocjonalnego zaangażowania podczas kontaktu ze sztuką, nie mam oczywiście na myśli zwykłego, potocznego rozrzewnienia. Roztkliwienie a mentalna rewolucja to dla mnie dwie zupełnie różne sprawy. Nawet jeśli popłakuję sobie trochę na reklamach (bo jak nie szlochać na takich, takich lub takich), nie oznacza to, że po kwadransie emocje, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania tych obrazów, nie wystygły. Bo tak się składa, że gusta mam plebejskie - tylko potrzeby ambitne.

Być może problem leży w moim, chyba zbyt pragmatycznym - jak na sztukę współczesną - nastawieniu: chcę, żeby wytwory ludzkich rąk nie tylko poruszały fundamentalne kwestie, takie jak sens życia, przyczyna bytu, czy przyszłość cywilizacji, lecz także obnażały prawdę o nas samych. Poszukuję wrażeń ekstremalnych i sprzecznych; po obejrzeniu wystawy, filmu lub spektaklu chcę wrócić do domu wewnętrznie zniszczona, ogłuszona bezmiarem kłębiących się w głowie pytań i pragnę odrodzić się na nowo. Chcę spojrzeć na świat oczami innego, przeobrażonego człowieka.

Ostatnie kinowe superprodukcje nie zaspokajały mojego wewnętrznego głodu przeżyć. Choć kunsztownie nakręcone, barwne i na wysokim poziomie pod względem estetycznym, w ostatecznym rozrachunku okazywały się płaskie i bez wyrazu. Powoli traciłam nadzieję, że znajdę jeszcze jakiś film, który wstrząsnąłby moim życiem w posadach. 

Kilka dni temu miałam jednak przyjemność obcować z produkcjami, dzięki którym przywrócona została mi wiara w światową kinematografię. A mowa jest o Barace i Samsarze w reżyserii Rona Fricke'a. 


Chociaż oba obrazy (nie potrafię o nich myśleć jako o zwykłych filmach) dzieli między sobą przepaść blisko dwudziestu lat (premiera Baraki miała miejsce w 1992 r., a Samsary w 2011), myślę, że śmiało można je traktować jako dylogię. Cechuje je zarówno ta sama magnetyzująca, tajemnicza stylistyka, bazująca na połączeniu wyrazistych kadrów i niesamowitej muzyki, jak i mnogość ukrytych symboli, filozoficznych odniesień i wątków religijnych.

Zarówno Baraka, jak i Samsara, przedstawiające pocztówki z dwudziestu pięciu krajów rozlokowanych na sześciu kontynentach, są "uduchowioną kontemplacją nad ludzkością". Niezależnie od tego, czy stajemy się obserwatorami plemiennych ceremonii na Bali i w Brazylii, rytualnych obmyć w odmętach Gangesu, kwitnącego życia na indyjskim wysypisku śmieci, czy pielgrzymek do Mekki i Jerozolimy, wszystkie nasze odczucia zostają dodatkowo wzmocnione przez perfekcyjnie skomponowane ujęcia przyrody. 



Wydźwięk obu filmów dla mnie jest niejednoznaczny, co akurat uważam za jedną z największych zalet produkcji.  W ciągu dziewięćdziesięciu kilku minut nie pada ani jedno słowo, brak jakichkolwiek dialogów, komentarzy, objaśnień. Jest to ten rodzaj kina, w którym od samego widza zależy, ile z niego wyniesie: Baraka i Samsara bezlitośnie demaskują nasz światopogląd, religijne przekonania oraz wyobrażenie na temat kultury. 

W dziełach Rona Fricke'a można odnaleźć natchnioną afirmację natury i głęboki szacunek do tradycji, spojrzenie z szerokiej perspektywy na dokonania współczesnej cywilizacji i coraz wyraźniejsze skutki kultury konsumpcjonizmu. Przewijające się przed naszymi oczami obrazy z jednej strony wzbudzają niepokój, wyrzuty sumienia i litość wobec nas samych, a z drugiej - zmuszają do stawiania uniwersalnych pytań o naturę człowieka, wyznawane wartości i przyszłość.

Naprawdę warto skonfrontować swoją wizję świata z tą zaproponowaną przez Fricke'a. Być może dzięki niej poznasz siebie na nowo. 

Dla dociekliwych:
*Baraka - z arabskiego 'błogosławieństwo', 'ochrona przed złem', 'esencja życia', 'boski pierwiastek, który bierze swój początek od Najwyższego i przenika miejsca, ludzi i przedmioty'.
*Samsara - w buddyzmie 'wędrówka', 'cykl narodzin i śmierci', 'proces kreacji, destrukcji i odrodzenia'.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz