21 kwietnia 2016

Trochę kultury! #2 - Śladami Jacka i Rose, czyli o głośnej wystawie „Titanic"


Ostatnio większość czasu spędzam z nosem w książkach, od czasu do czasu wystukując na klawiaturze zdania, które przy odrobinie wyobraźni mogłyby się układać w hasło SOS pisane alfabetem morse'a. Pisanie pracy magisterskiej pochłonęło mnie całkowicie i czuję, że przez kilka następnych tygodni sytuacja - zarówno na blogu, jak i w moim prywatnym życiu - nie ulegnie poprawie. Pomimo że zapisałam czarnymi znaczkami już dobre kilkadziesiąt stron, nadal odnoszę wrażenie, że to dopiero wierzchołek góry lodowej i zanim wyczerpię temat w sposób mnie satysfakcjonujący, zaskoczy mnie połowa maja (i to tak wersja optymistyczna, w wersji pesymistycznej - początek czerwca).

A skoro już mowa o górze lodowej...

Osobiście nie znam nikogo, kto nie słyszałby o zatonięciu statku o wdzięcznej nazwie Titanic. Mimo że do tej tragedii doszło ponad sto lat temu, jego historia wciąż rozbudza wyobraźnię artystów, literatów i reżyserów. Wystarczyłoby chociaż wspomnieć o ogromnym sukcesie Jamesa Camerona, który z ogromnym rozmachem i niezwykłą drobiazgowością odtworzył wnętrza, stroje i zachowania ludzi z początków dwudziestego wieku. Dla mnie Titanic był pierwszą (i chyba ostatnią) produkcją, którą mogłam oglądać na okrągło, nie licząc się z późniejszymi konsekwencjami. Jako jedenastoletnia dziewczynka nie tylko pamiętałam większość dialogów, jakie wystąpiły w filmie, lecz także za każdym razem, gdy usłyszałam pierwsze dźwięki utworu "My Heart Will Go On", czułam ciarki na całym ciele. Wówczas jednak historia Titanica kojarzyła mi się wyłącznie z zakazaną miłością Jacka i Rose, szlachetnymi gestami i dystyngowanymi panami w smokingach, którzy zaginęli później w lodowatych głębinach Oceanu Atlantyckiego. 


Zupełnie inne odczucia towarzyszyły mi podczas zwiedzania wystawy "Titanic" w Pałacu Kultury i Nauki, którą to odwiedzić zdecydowałam się dość spontanicznie. Po całym dniu ślęczenia nad książkami i zastanawiania się, w jaki sposób sklasyfikować wyrazy typu tiażkoSzwecarjii lub zegnońć się (język polski naprawdę jest trudny, zwłaszcza dla obcokrajowców!), uznałam, że czas odpocząć. A ponieważ w Internecie natknęłam się na pochlebne opinie o wystawie poświęconej tragedii najsłynniejszego parowca świata, postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście jest ona warta uwagi.

 

"Titanic the Exhibition" w ulotkach reklamowych zachwalana była jako ogromna wystawa, na której można odnaleźć nie tylko ponad dwieście oryginalnych przedmiotów wydobytych z wraku statku, lecz także obejrzeć luksusowe apartamenty pierwszej klasy, schludne kajuty trzeciej klasy, mostek kapitański, a także poznać historię anonimowych dotychczas pasażerów. I o ile wszystkie z tych powyższych punktów zostały spełnione, o tyle nadal czuję pewien niedosyt, którego nie mogły zaspokoić nawet oryginalne pamiętniki pisane aż do dnia katastrofy, czy też widok dzięcięcych bucików, których właścicielka szczęśliwie ocalała i bezpiecznie dotarła do Ameryki.

Myślę, że na największą pochwałę w tym wypadku zasługuje świetnie nagrany audioprzewodnik, który pełnił głównie funkcję informacyjną - dzięki niemu mogliśmy poznać historię życia kilkudziesięciu ludzi, ich marzenia, plany oraz tragiczny koniec. Poza tym trzymał on w ryzach odwiedzających i prowadził od gabloty do gabloty w tempie odpowiadającym spokojnemu spacerowi. Dużym plusem była także ścieżka dźwiękowa z filmu Camerona, stanowiąca tło wypowiedzi. Z drugiej jednak strony narrator niekiedy zbyt rozwodził się nad nieistotnymi z mojego punktu widzenia szczegółami, co czyniło jego wywód nudnym i po kilkudziesięciu minutach coraz bardziej męczącym. 

Kolejnym dużym plusem były wyeksponowane zdjęcia pasażerów Titanica - kapitana Edwarda Smitha, konstruktora Thomasa Adrewsa i dziesiątki innych, równie interesujących. Początkowo tak duża ilość fotografii nieco mnie zdezorientowała, ponieważ spodziewałam się zupełnie innej konwencji wystawy, ale po kilku minutach zdążyłam się już przyzwyczaić, że eksponaty stanowią zaledwie tło dla prawdziwych ludzkich historii. 

I chyba taki był cel tego pokazu - nie prezentacja wyłowionych z dna oceanu sukni, butów, biżuterii i zastawy stołowej, ale właśnie rzucenie światła na bezimienne postacie, które dzięki niemu stają się dla nas osobami z krwi i kości, istotami, które kochały i zazdrościły, uciekały od szarości Starego Kontynentu i szukały nowej ojczyzny w Ameryce, które odczuwały żal i tęsknotę, a zarazem były pełne nadziei na lepsze jutro - czyli na dzień, który dla wielu miał nigdy nie nadejść. 


Opowieścią, która mnie najbardziej wzruszyła, była historia pewnego sędziwego małżeństwa. Pomimo że zaproponowano starszej kobiecie miejsce w szalupie ratunkowej, zwolniła ona swoje miejsce innej damie, twierdząc, że skoro tyle lat przeżyła u boku swojego męża, nie wyobraża sobie, że mogłaby go zostawić w takiej chwili. Po raz ostatni widziano ich siedzących na pokładowych leżakach. Trzymali się za ręce i ze spokojem obserwowali chaos, jaki miał miejsce wokół nich, nie bacząc na to, że za chwilę pochłoną ich przeraźliwie zimne głębiny Atlantyku.

Wyobraźnię odwiedzających pobudzały również listy pisane przez pasażerów transatlantyku do najbliższych. W jednym z nich, autorstwa członka załogi, można było natrafić na wzmiankę o wspaniałości i wyjątkowości morskiego giganta. Mężczyzna opisywał niezwykły przepych Titanica, wyborne potrawy i najwybitniejszych gości pokładowych. Najbardziej jednak porusza jego ostatni akapit - zawarta jest w nim pełna żalu konkluzja, że gdyby wcześniej wiedział, jak bajkowo prezentuje się parowiec, zabrałby w rejs także swoją siostrę. Nie wiedział przecież, że gdyby to zrobił, skazałby ją na niechybną śmierć.


Na pokładzie niezatapialnego statku w momencie zderzenia się z górą lodową było około 2200 osób. W szalupach znalazły się jednak tylko 704 osoby, co stanowiło zaledwie połowę ich rzeczywistej pojemności, ponieważ mogło w nich zasiąść nawet 1200 rozbitków. Niejasny jest powód tak niewielkiego ich zapełnienia - niektóre z nich zabierały tylko dwadzieścia - trzydzieści osób, podczas gdy na ich pokładzie mogłoby się uratować nawet ponad sześćdziesiąt. Niektórzy badacze tłumaczą ten fakt pośpiechem i niedostatecznym wyszkoleniem oficerów, którzy koordynowali później akcję ratunkową. Ponieważ Titanic był największym i w teorii całkowicie niezniszczalnym statkiem, załoga nie była w żaden sposób przygotowana na tragedię, która miała miejsce tamtej feralnej, kwietniowej nocy. Nie bez znaczenia była również kwestia niewystarczającej liczby szalup, ale tutaj przyczyna była oczywista - dodatkowe łodzie zajmowałyby miejsce na promenadzie, po której przechadzali się goście. 

Pomimo szczerego zainteresowania historią Titanica i jego pasażerów, uważam, że wystawa mogłaby zostać lepiej zorganizowana. Po pierwsze, należałoby zredukować liczbę biletów sprzedawanych na godzinę. Ponad dwieście osób to zdecydowana przesada, tym bardziej, że organizatorzy nie dysponują nawet tak dużą liczbą słuchawek i audioprzewodników. Oczywiście, money is money, ale nie widzę żadnego sensu w sprzedawaniu abstrakcyjnej liczby biletów, a później wpuszczaniu po piętnaście osób co dziesięć minut. Poza tym pomieszczenia są małe, ciasne, zatłoczone i panuje w nich straszna duchota.

Kolejnym minusem jest fakt, że nie można robić zdjęć. Zupełnie tego nie rozumiem, zwłaszcza, że w takim Muzeum Watykańskim albo Luwrze, gdzie znajdują się bezcenne dzieła sztuki, zakaz nie obowiązuje i można sobie focić do woli, o ile tylko wyłączymy flesza. Inna sprawa, że na wystawie "Titanic" w zasadzie nie było czemu robić zdjęć.

Rozczarował mnie również fakt, że większość ekspozycji to repliki lub reprodukcje, a organizatorzy wystawy nie zadali sobie nawet trudu, by dokładnie opisać przedmioty i jednoznacznie określić, które są oryginalnymi rzeczami wydobytymi z wraku, a które tylko niewiele wartą kopią. No i nawet jeśli fajną inicjatywą było robienie zdjęć "z epoki" odwiedzającym gościom przed wejściem "na pokład", to ich późniejsza sprzedaż za dwadzieścia złotych wydała mi się ponurym żartem. Jakby sam bilet był zbyt tani...

Przykre jest również to, że więcej o samej katastrofie dowiedziałam się z filmu Camerona, niż z samej wystawy.  Ba, bogatsze w szczegóły są programy na Discovery lub innym BBC. Dlatego też uważam, że jest ona zdecydowanie przereklamowana i - napiszę to z bólem serca - niewarta swojej kosmicznej ceny. Owszem, możemy przez chwilę poczuć atmosferę panującą w pierwszych dniach żeglugi Titanica, aczkolwiek spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Być może gdyby organizatorzy zmniejszyli liczbę sprzedawanych biletów, moja opinia byłaby pochlebniejsza. 

Nie oznacza to jednak, że odradzam odwiedzenie tej wystawy. Radzę raczej podejść do niej z chłodnym dystansem i nie oczekiwać fajerwerków. Dobrze byłoby też poczekać, aż kolejki się nieco zmniejszą, bo tłumy przy gablotach naprawdę wiele wystawie odbierają. I wybrać się tam w tygodniu, a nie czekać na weekend.


Dla dociekliwych:
Godziny otwarcia: 9:00 - 20:00 (piętro IV)
Ceny biletów: ulgowe: 35/40 zł, normalne: 45/50 zł
Źródła zdjęć: 1, 2, 3.

12 kwietnia 2016

Bądź SMART, czyli cel na celowniku


What you do today can improve all your tomorrows. 
Ralph Marston

Zgodnie z pewnymi niezależnymi i nieomylnymi badaniami, przeprowadzonymi nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy, około 80% ludzi na przełomie grudnia i stycznia tworzy listę marzeń i planów do zrealizowania. Prawdopodobnie jest to bezpośrednio związane ze zmianą daty i potrzebą zakupu nowego kalendarza, ewentualnie - cieszącego się coraz większą popularnością - plannera. Wśród noworocznych postanowień można znaleźć naprawdę szerokie spektrum celów, począwszy na typowo osobistych (schudnę, będę się zdrowo odżywiać, rzucę palenie itd.), poprzez zawodowe (dostanę awans, założę własną firmę, znajdę lepszą pracę), aż po edukacyjne (nauczę się nowego języka, będę czytać więcej książek, poprawię się z matematyki etc.).

W trakcie takiego wynotowywania detali naszego życia, w których dostrzegamy pewne niedociągnięcia lub których poprawa może nieść za sobą tylko pozytywy, kreujemy w swojej głowie nowy, ulepszony obraz siebie. Już sama ta świetlana wizja "nas z przyszłości" - z entuzjazmem pogryzających marchewkę zamiast czekolady, biorących udział w maratonach, oczytanych, z licznymi sukcesami zawodowymi na koncie oraz wachlarzem podróżniczych doświadczeń - pobudza nas do działania i mobilizuje do wyznaczania jeszcze ambitniejszych celów. Dlaczego zatem wnioski wysnute z niezawisłych badań są tak przygnębiające? Dlaczego tylko 8% ludzi osiąga swoje cele?

Najprostszą odpowiedzią jest stwierdzenie, że powodów jest tyle, ilu ludzi. Jednak w rzeczywistości psychika gatunku ludzkiego działa w oparciu o te same mechanizmy obronne (m.in. zaprzeczenie, wyparcie, racjonalizację, introjekcję itd.), dlatego też z łatwością można wyłonić najczęstsze przyczyny rezygnacji z upragnionych marzeń. Przeważnie w grę wchodzi zbyt idealistyczny stosunek do wprowadzanej zmiany, chaos w planach oraz wywieszanie białej flagi przy pierwszych niepowodzeniach. Jednak podstawowym czynnikiem oddalającym nas od realizacji celów jest fakt, że nie potrafimy ich prawidłowo wyznaczać.


Jakie dostrzegasz różnice między tymi dwoma poniższymi postanowieniami?

1. Chcę nauczyć się hiszpańskiego.
2. Do końca bieżącego roku osiągnę poziom B1 z hiszpańskiego: będę codziennie powtarzać słownictwo i słuchać podcastów po hiszpańsku, dwa razy w tygodniu będę chodzić na dodatkowe konwersacje, a raz w tygodniu napiszę dłuższy tekst

Pierwszy z celów jest ogólny - przypomina raczej pobożne życzenie, a nie konkretny plan na najbliższy czas. Drugi natomiast przykład jest nie tylko rzeczowy i precyzyjny, lecz także mierzalny, osiągalny, względnie istotny i określony w czasie - krótko mówiąc, został stworzony zgodnie z koncepcją SMART, czyli jednym z najskuteczniejszych i jednocześnie najłatwiejszych sposobów wyznaczania planów.

METODA SMART W PRAKTYCE
SMART to akronim powstały od pierwszych liter pięciu angielskich słów: Specific, Measurable, Achievable, Relevant i Time-Oriented, na polski: konkretny/specyficzny, mierzalny, osiągalny, istotny i zorientowany w czasie.

Cel powinien być konkretny
Najpoważniejszym błędem podczas wyznaczania celów jest stworzenie ogólnego hasła, które może znaczyć wszystko. Stwierdzenie "będę się lepiej uczył" w tym przypadku jest bezwartościowe, ponieważ nie wiadomo, czy jego autorowi chodzi o uzyskanie samych piątek na świadectwie, czy może tylko o zdanie z klasy do klasy. Postanowienia typu "schudnę", "będę czytać więcej książek", "zdam maturę" itd. są puste i bezużyteczne, ponieważ nic z nich nie wynika. Co innego, gdy uznasz, że chcesz czytać co najmniej jedną książkę tygodniowo albo że chcesz zdać maturę na poziomie rozszerzonym z polskiego na osiemdziesiąt procent. Wtedy nie tylko precyzyjnie określasz, w jakim punkcie chcesz się znaleźć w przyszłości, lecz także łatwiej ci wyznaczyć drogę dotarcia do tego celu (czyli określić tzw. cele szczegółowe). 

Cel powinien być mierzalny
Czyli sformułowany w taki sposób, aby istniała możliwość zmierzenia stopnia jego realizacji. Przypuśćmy, że twoim celem jest schudnięcie pięciu kilogramów - w tym przypadku wystarczy tylko regularnie sprawdzać, czy rzeczywiście wskazówka wagi mknie w dół. Inny przykład: chcesz przeczytać w ciągu roku dwadzieścia książek (tak, to niewiele, ale wciąż i tak za dużo...) - jeśli ni stąd ni, zowąd zaskoczył cię listopad, a na twoim liczniku są zaledwie trzy książki o pielęgnacji włosów i paznokci, to najwyraźniej coś w procesie realizacji zamiaru poszło nie tak.

Cel powinien być osiągalny
Wszyscy lubimy bujać w obłokach i wymyślać sobie, co by było, gdyby. I nawet jeśli w sferze naszych marzeń jesteśmy czołowymi sportowcami, popularnymi piosenkarzami i autorami przełomowych publikacji na temat wszechświata, rzeczywistość prędzej, czy później zmusi nas do powrotu na ziemię. Żeby ten comeback nie był zbyt twardy i bolesny, warto przeanalizować swoje możliwości i - zgodnie z babcinymi słowami - mierzyć siły na zamiary. Jeżeli w wieku dwudziestu lat wymyśliłeś sobie, że  chcesz zostać pierwszą rakietą świata i na Wimbledonie stawać w szranki z najznakomitszymi tenisistami, to przykro mi - spóźniłeś się o dobre piętnaście lat. Podobnie w sytuacji, gdy stwierdzasz, że z dnia na dzień chcesz dostać nagrodę Pulitzera, podczas gdy twój ostatni felieton rodził się w bólach gdzieś w drugiej gimnazjum. 
Z drugiej jednak strony pamiętaj, że większość ludzi w momencie określania planów ocenia swoje możliwości na niższe, niż są w rzeczywistości. Ambitne cele motywują bardziej i otwierają umysł na nowe możliwości, co z kolei sprawia, że jesteś w stanie osiągać więcej. Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami - Patrick Süskind.

Cel powinien być istotny, ważny
Chodzi tutaj wyłącznie o twoje nastawienie. Czy realizacja tego planu sprawi, że poczujesz się szczęśliwszy? Czy pomoże ci w poprawieniu stosunków z najbliższymi? Czy dzięki temu osiągniesz zawodowy sukces? Czy chcesz zrobić to tylko dlatego, żeby komuś zaimponować? A może chcesz udowodnić komuś innemu, że się mylił?

Postaraj się nie kierować opiniami innych ludzi, ale zapytaj sam siebie, czy to, czego pragniesz, jest dla ciebie rzeczywiście ważne. 

Cel powinien być zorientowany w czasie
Napoleon Hill (amerykański pisarz, twórca gatunku literatury osobistego sukcesu) powiedział kiedyś, że cel to marzenie z datą realizacji. Wynika z tego nie mniej, nie więcej, niż to, że każdy plan powinien mieć precyzyjnie wyznaczone ramy czasowe. Dzięki temu będziesz w stanie śledzić swoje postępy i walczyć ze zgubną prokrastynacją. Bez daty końcowej trudne (albo wręcz niemożliwe) jest zmobilizowanie się do działania i kończy się na ogół przesuwaniem wypełnienia zadania w nieskończoność. 


BĄDŹ SMARTER, NIE TYLKO SMART
Ponieważ wszystko nieustannie się rozwija, metoda wyznaczania celów także ewoluowała w czasie i wzbogaciła się o kolejne dwie literki: E (exciting) oraz R (recorded).

Cel powinien być ekscytujący
Pamiętaj, że wyznaczasz cel dla samego siebie. Nie rób czegoś tylko dlatego, że ktoś powiedział ci, że to właściwe (chyba, że jesteś uczniem gimnazjum, masz zagrożenie z siedmiu przedmiotów, a rodzicie każą ci wziąć się do nauki - wtedy to oni mają rację). Ciesz się podjętym wyzwaniem i dąż do celu z własnej inicjatywy.

Cel powinien być zapisany
Nasz mózg potrafi w niezwykle przewrotny sposób przetwarzać pewne informacje, prawdopodobnie stosując te same obronne triki, o których była mowa wcześniej (pewnie dlatego też o tym, że obiecałam nie jeść tyle czekolady, przypominam sobie dopiero wtedy, gdy zostaje o niej tylko wspomnienie). Niemniej jednak, wynotowanie naszych zadań spełnia kilka istotnych funkcji: po pierwsze, nie zapomnimy o naszych zamiarach, po drugie - w chwilach słabości i lenistwa nie będziemy mogli udawać, że nasz cel nigdy nie istniał.


Teraz, skoro już wiesz wszystko na temat poprawnego wyznaczania celów - być może już nigdy nie porzucisz swoich postanowień. Tym bardziej, że osiągnięcie jednego z nich zaostrza apetyt na następne.

Dla dociekliwych:
Osiąganie celów nadaje życiu sens - wywiad z Brianem Tracy, znanym mówcą zawodowym, trenerem personalnym oraz autorem licznych książek poświęconych psychologii sukcesu.
How to set goals i Keys effective goal setting - artykuły poszerzające i omawiające zagadnienia poruszane powyżej - polecam!

8 kwietnia 2016

Trochę kultury! #1 - Arcydzieła Rona Fricke'a, czyli refleksyjna podróż po świecie



You have a choice. Live or die. Every breath is a choice. Every minute is a choice. 
To be or not to be - Chuck Palahniuk

Niezmiernie rzadko zdarza mi się obcować z takim rodzajem sztuki, który by mnie naprawdę poruszył i przewrócił do góry nogami hierarchię wartości w moim życiu. Jest to tym bardziej niepokojące spostrzeżenie, jeśli przypomnimy sobie, że jedną z najoczywistszych funkcji sztuki jest właśnie wzbudzanie w odbiorcach określonych doznań - głównie estetycznych, choć częstokroć także zmysłowych i mistycznych.

Gdy poruszam kwestię osobistego zobojętnienia i brak głębszego, emocjonalnego zaangażowania podczas kontaktu ze sztuką, nie mam oczywiście na myśli zwykłego, potocznego rozrzewnienia. Roztkliwienie a mentalna rewolucja to dla mnie dwie zupełnie różne sprawy. Nawet jeśli popłakuję sobie trochę na reklamach (bo jak nie szlochać na takich, takich lub takich), nie oznacza to, że po kwadransie emocje, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania tych obrazów, nie wystygły. Bo tak się składa, że gusta mam plebejskie - tylko potrzeby ambitne.

Być może problem leży w moim, chyba zbyt pragmatycznym - jak na sztukę współczesną - nastawieniu: chcę, żeby wytwory ludzkich rąk nie tylko poruszały fundamentalne kwestie, takie jak sens życia, przyczyna bytu, czy przyszłość cywilizacji, lecz także obnażały prawdę o nas samych. Poszukuję wrażeń ekstremalnych i sprzecznych; po obejrzeniu wystawy, filmu lub spektaklu chcę wrócić do domu wewnętrznie zniszczona, ogłuszona bezmiarem kłębiących się w głowie pytań i pragnę odrodzić się na nowo. Chcę spojrzeć na świat oczami innego, przeobrażonego człowieka.

Ostatnie kinowe superprodukcje nie zaspokajały mojego wewnętrznego głodu przeżyć. Choć kunsztownie nakręcone, barwne i na wysokim poziomie pod względem estetycznym, w ostatecznym rozrachunku okazywały się płaskie i bez wyrazu. Powoli traciłam nadzieję, że znajdę jeszcze jakiś film, który wstrząsnąłby moim życiem w posadach. 

Kilka dni temu miałam jednak przyjemność obcować z produkcjami, dzięki którym przywrócona została mi wiara w światową kinematografię. A mowa jest o Barace i Samsarze w reżyserii Rona Fricke'a. 


Chociaż oba obrazy (nie potrafię o nich myśleć jako o zwykłych filmach) dzieli między sobą przepaść blisko dwudziestu lat (premiera Baraki miała miejsce w 1992 r., a Samsary w 2011), myślę, że śmiało można je traktować jako dylogię. Cechuje je zarówno ta sama magnetyzująca, tajemnicza stylistyka, bazująca na połączeniu wyrazistych kadrów i niesamowitej muzyki, jak i mnogość ukrytych symboli, filozoficznych odniesień i wątków religijnych.

Zarówno Baraka, jak i Samsara, przedstawiające pocztówki z dwudziestu pięciu krajów rozlokowanych na sześciu kontynentach, są "uduchowioną kontemplacją nad ludzkością". Niezależnie od tego, czy stajemy się obserwatorami plemiennych ceremonii na Bali i w Brazylii, rytualnych obmyć w odmętach Gangesu, kwitnącego życia na indyjskim wysypisku śmieci, czy pielgrzymek do Mekki i Jerozolimy, wszystkie nasze odczucia zostają dodatkowo wzmocnione przez perfekcyjnie skomponowane ujęcia przyrody. 



Wydźwięk obu filmów dla mnie jest niejednoznaczny, co akurat uważam za jedną z największych zalet produkcji.  W ciągu dziewięćdziesięciu kilku minut nie pada ani jedno słowo, brak jakichkolwiek dialogów, komentarzy, objaśnień. Jest to ten rodzaj kina, w którym od samego widza zależy, ile z niego wyniesie: Baraka i Samsara bezlitośnie demaskują nasz światopogląd, religijne przekonania oraz wyobrażenie na temat kultury. 

W dziełach Rona Fricke'a można odnaleźć natchnioną afirmację natury i głęboki szacunek do tradycji, spojrzenie z szerokiej perspektywy na dokonania współczesnej cywilizacji i coraz wyraźniejsze skutki kultury konsumpcjonizmu. Przewijające się przed naszymi oczami obrazy z jednej strony wzbudzają niepokój, wyrzuty sumienia i litość wobec nas samych, a z drugiej - zmuszają do stawiania uniwersalnych pytań o naturę człowieka, wyznawane wartości i przyszłość.

Naprawdę warto skonfrontować swoją wizję świata z tą zaproponowaną przez Fricke'a. Być może dzięki niej poznasz siebie na nowo. 

Dla dociekliwych:
*Baraka - z arabskiego 'błogosławieństwo', 'ochrona przed złem', 'esencja życia', 'boski pierwiastek, który bierze swój początek od Najwyższego i przenika miejsca, ludzi i przedmioty'.
*Samsara - w buddyzmie 'wędrówka', 'cykl narodzin i śmierci', 'proces kreacji, destrukcji i odrodzenia'.

5 kwietnia 2016

Jak skutecznie poprawić swoją koncentrację - garść sprawdzonych sposobów


Nie potrafię się skoncentrować. Szybko się nudzę - Carrie Underwood
Mam zakres uwagi dwulatka. Najczęściej skaczę z zadania na zadanie - Reba McEntire
Przybyłem do Hollywood, żeby tworzyć i wtedy odkryłem, że nie potrafię się skupić - Lee Daniels
Moją uwagę przykuwa dosłownie wszystko - myślę za dużo, ale sama nie wiem, o czym! - Selena Gomez
Nie za bardzo lubię czytać książki. Szybko się nudzę i zazwyczaj wolę posłuchać muzyki lub pograć w gry - Olly Murs

Ilu z was, czytających powyższe wypowiedzi, pomyślało "o, to dokładnie, jak ja!"? Jak widać, krótki zakres uwagi i niemożność skoncentrowania się na jednym zadaniu nie jest tylko przypadłością zwykłych śmiertelników. W rzeczywistości większość ludzi boryka się z tymi samymi problemami (naturalnie nie zaliczam do tej grupy mistrzów zen i tybetańskich mnichów). 

Zbyt często pozwalamy niszczyć najróżniejszym rozpraszaczom naszą twórczą inwencję i entuzjazm. Szalona ilość bodźców, na które jesteśmy narażeni każdego dnia oraz zmęczenie spowodowane biologicznym nieprzystosowaniem do pędu życia w XXI w. znacząco skraca nasz zakres uwagi i nieuchronnie oddala od realizacji życiowych planów. Zatem czy istnieje jakakolwiek szansa na wyćwiczenie naszej koncentracji? Okazuje się, że tak - wystarczy poznać tylko kilka podstawowych mechanizmów jej funkcjonowania.

1. Zastanów się nad swoimi motywacjami
Gdy zasiadamy do pracy lub nauki, zazwyczaj w głowie kołacze nam się tylko jedna myśl: żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce. Niestety, jeśli regularnie będziemy rozpoczynać ją z takim nastawieniem, nawet najprostsze zagadnienia wydadzą się nam nie do przebrnięcia. Aby tego uniknąć, najlepiej zastanowić się nad tym, dlaczego w ogóle podejmujemy jakiekolwiek działanie. I radzę wymyślić coś kreatywniejszego niż stwierdzenie: "bo facetce od polaka się w głowie poprzewracało i chce zrobić z nas poetów".

Przed otworzeniem zeszytu lub sięgnięciem po książkę zastanów się, z jakiego powodu to robisz. Czy twoją jedyną motywacją jest uniknięcie widoku zniesmaczonej belfrzycy, wstawiającej kolejną jedynkę do dziennika? A może chcesz się dowiedzieć czegoś nowego, co kiedyś może ci się przydać? Albo chcesz komuś udowodnić, że się mylił? 

Niezależnie od tego, czy twoje motywacje będą zewnętrzne (muszę się nauczyć na ten sprawdzian, bo będę znowu kiblował), czy też wewnętrzne (chcę być człowiekiem o szerokich horyzontach i mieć własną opinię na różne tematy), warto przeanalizować swoje pobudki. Świadomość powodów, dla których chcesz się skoncentrować, naprawdę bardzo pomaga w przezwyciężaniu późniejszych trudności. Spisz je na kartce i powieś w widocznym miejscu - dzięki temu nie pokryją się tak szybko kurzem.

2. Jasno określ cele, które chcesz osiągnąć
Na jednych z bardziej inspirujących zajęć uniwersyteckich usłyszałam taką oto mądrość: Jeśli nie wyznaczysz sobie własnych celów, zawsze będziesz realizował czyjeś. Te słowa od razu wyryły mi się i w głowie, i w sercu. Umiejętność nakreślenia odpowiednich zadań to połowa sukcesu w ich osiągnięciu (nie przesadzam!), a mimo to w środowisku szkolnym ta zdolność nadal jest traktowana jako wiedza tajemna, dostępna tylko nielicznym. 

Dobrze byłoby, gdybyś cele od razu spisywał na kartce. Nie chciałabym się tutaj rozwodzić nad zaletami notowania na papierze, a nie na komputerze*, więc napiszę najprościej: dopóki twoje plany znajdują się tylko na poziomie myśli, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w wirze codziennych zajęć twoje ambicje się rozpłyną, a ty zostaniesz z pustką w głowie i poczuciem frustracji. 

Co zatem chcesz osiągnąć? Mieć czwórkę z matematyki? Dostać się na wymarzone studia? Napisać pracę dyplomową i obronić się w terminie? Dostać awans?

3. Zastosuj metodę małych kroków
Załóżmy, że twój cel ogólny brzmi "zdać maturę z języka obcego na sto procent". Z pozoru wszystko wygląda świetnie - wyznaczyłeś sobie ambitne zadanie, jesteś pełen wiary w powodzenie tego planu,  ale... niebawem zaczynasz się zastanawiać, co teraz? Niestety, najskuteczniejszą receptą na zaniechanie celu jest spoglądanie na niego z odległej perspektywy, zwłaszcza, że realizowanie tego typu zamiarów może zająć tygodnie, a nawet kilka długich miesięcy. Nie dość, że szybko poczujesz się przytłoczony skalą zadania, to dodatkowo spadnie poczucie twojej wartości, ponieważ uznasz, że nawet sam za siebie nie możesz odpowiadać.

Zamiast czekać na rewolucję, stwórz listę celów szczegółowych, przybliżających cię codziennie do osiągnięcia wymarzonego ideału. Jeśli marzysz o świetnych wynikach z języków obcych, skup się na systematycznym ulepszaniu swoich umiejętności, nawet jeśli oznaczałoby to poznawanie kilku nowych słówek, obejrzenie jednego filmiku w obcym języku, czy zrobienie trzech zadań z podręcznika. Gwarantuję ci, że po kilku tygodniach nie tylko dostrzeżesz postęp, lecz także zmotywujesz się do intensywniejszej pracy i będziesz w stanie skupić się na większych zadaniach.


KONCENTRACJA POTRZEBNA OD ZARAZ
Powyższe porady, choć skuteczne, wymagają od nas podjęcia pewnych wysiłków rozłożonych w czasie. Co jednak zrobić, gdy musimy się skupić natychmiast - przed klasówką, rozmową kwalifikacyjną, czy ustnym egzaminem? Pomimo że w sieci krążą setki mniej lub bardziej efektywnych wskazówek, pozostaję wierna swojemu - od lat niezmiennemu - repertuarowi metod. 

1. Przełączam się na tryb offline
Nie ukrywam, że sprawny router wifi z silnym sygnałem zapewnia mi komfort psychiczny. Świadomość, że w każdej chwili mogę sprawdzić, co się dzieje na świecie, porozmawiać z koleżanką lub pooglądać zdjęcia zrobione na drugim końcu globu, pozwala mi się wewnętrznie uspokoić i uciszyć gonitwę myśli w stylu: "czy koale mają nosek trójkątny, czy kwadratowy?". Jednakże zdarzają się takie sytuacje, kiedy odłączenie się od Internetu jest jedynym sposobem na osiągnięcie stanu pełnego skupienia - stanu nieprzerywanego sygnałem przychodzących wiadomości i powiadomień. O warunkach do nauki i potrzebie pozbycia się dystraktorów pisałam w poprzednim poście, więc nie będę się powtarzać.

2. Piję dużo wody
Dawno, dawno temu, bodajże jeszcze w liceum, przeczytałam w czasopiśmie typu "Cogito", że nawet lekkie odwodnienie - tak nieznaczne, że często przez nas nierejestrowane - przyczynia się do skrócenia zakresu naszej uwagi. Dlatego też staram się zawsze mieć przy sobie butelkę wody, aby w w razie nieoczekiwanego przypływu senności poratować swój organizm i mózg (nawet jeśli oznacza to tachanie ze sobą dwulitrowej butli na zajęcia).

3. Stosuję zasadę "jedna rzecz na raz"
Pomimo że wielozadaniowość przez wielu uważana jest za jedną z najcenniejszych umiejętności, uważam, że w rzeczywistości sprawdza się ona tylko przy błahostkach (np. jednoczesne słuchanie audiobooków i gotowanie). Jeśli mam do zrealizowania naprawdę wymagające zadanie, koncentruję się tylko na nim. Gdy piszę magisterkę, nie przeglądam fejsa i nie słucham muzyki, gdy czytam książkę - nie odpisuję na maile, a gdy piszę ten post - mam otwarty dokładnie jeden dokument tekstowy. Pozwala mi to realnie ocenić trudność i czasochłonność podejmowanego przeze mnie działania oraz pozwala na osiągnięcie lepszych wyników w krótszym czasie.

4. Pracuję przy włączonym stoperze
Wyobraź sobie, że na ukończenie pewnego projektu ktoś daje ci tydzień. Ile zatem czasu spędzisz nad jego przygotowaniem? No właśnie: dokładnie siedem dni. A co by było, gdybyś został poinformowany, że za kilka godzin masz zdać relację z tego, co zrobiłeś? Zapewne działałbyś szybciej i nie marnowałbyś czasu na oglądanie filmików ze śmiesznymi kotami. Z tego też powodu przed pracą ustawiam albo stoper mentalny, albo realny (ten drugi jest skuteczniejszy, ale nie polecam go włączać w bibliotece) i staram się w wyznaczonym czasie domknąć jak najwięcej spraw. Ogromnym plusem tej metody jest jej uniwersalność - świetnie sprawdzi się zarówno podczas nauki do egzaminów, pisania wypracowań, jak i sprzątania mieszkania.

5. Otaczam się przyjemnymi zapachami
Przed pierwszymi egzaminami na studiach wpadłam na pomysł wykorzystania aromaterapii podczas nauki. W mądrych czasopismach wyczytałam, że najlepiej wybierać mieszanki pobudzające, bazujące na aromacie cytryny, rozmarynu, lawendy i mięty pieprzowej. Nie miałam jednak wówczas głowy do szukania olejków eterycznych, więc skierowałam swoje kroki do najbliższego sklepu w poszukiwaniu zapachowych świec i wosków. Traf chciał, że była to akurat Biedronka. Pamiętam, że wybrałam wtedy świecę o zapachu białej herbaty i imbiru, która w trakcie sesji paliła się niemalże bez ustanku. Nie jestem do końca pewna, czy jej obecność ostatecznie wpłynęła w jakikolwiek sposób na moje końcowe wyniki, ale dzisiaj nie wyobrażam sobie nauki bez chociażby jednego tańczącego płomyka. 
Swoją drogą, jeśli ktoś zdecyduje się wypróbować tę metodę, radzę wybierać kompozycje kwiatowe i ziołowe - nie wyobrażam sobie pracy przy zapachu szarlotki, czekolady, czy wanilii...

CYFROWA POMOC
Jak już zdążyłam się niejednokrotnie przekonać, Internet to prawdziwy worek bez dna. I mimo że w wielu przypadkach to on jest głównym prowodyrem naszych problemów z koncentracją, wyciąga do nas rękę na zgodę. W jego odmętach można odnaleźć strony, które zostały stworzone w celu wspierania naszej koncentracji:

A jakie są wasze sprawdzone sposoby na koncentrację? Żujecie namiętnie gumę, gimnastykujecie się, czy robicie częste drzemki? Piszcie w komentarzach!


* Dociekliwych zapraszam do zapoznania się z artykułami: